Lucyfer i wpływy lucyferyczne – droga do uwolnienia

Imię Lucyfer pochodzi z łacińskiego i oznacza niosący światło (lucem biernik od lux (światło) + ferre). W starożytnym Rzymie termin ten stosowali astrologowie do określenia Gwiazdy Porannej, czyli planety Wenus widocznej nad horyzontem przed wschodem Słońca. Słowo było najprawdopodobniej dosłownym tłumaczeniem greckich eosphoros – „niosący świt” lub phosphoros – „niosący światło”. Antropozofia Rudolfa Steinera uznaje Lucyfera za brata Chrystusa, który był inspiratorem religii orientalnych, jak buddyzm i hinduizm. Reprezentuje on erotykę, literaturę, prostą technikę, idee poprawy ziemskiego świata, jak demokracja czy ekologizm. Jest demonem słabszym od Arymana.

Razem ze współpracownikami napisaliśmy w 2012 roku artykuł o 6 książętach piekielnych. Wiele osób publikowało ten tekst na własnych stronach, ale skrytykowało brak opracowania przedstawiającego 6 księżniczek piekielnych. Lucyfer został opisany tak: Od niego pochodzą wartości gnostyczne, tajne stowarzyszenia, nauki oświeceniowe, wznoszące. Cechują go: inteligencja, oświecenie umysłu z odrzuceniem emocji i uczuć. Kojarzy się z nim obraz dzieci emo: oziębłość seksualna, która może się manifestować przez ujednolicenie cech płciowych (dziewczęcy wygląd chłopców emo). Stworzył jaszczury, wiele gatunków gadów. Odpowiedzialny za wytworzenie zimna, odbitego światła, jest współtwórcą energii fizycznej. Lucyfer mylony jest często ze swoją połówką duchową, Szatanem. Mimo bliskości duchowej między nimi obaj mają różne energie. Szatan posiadał energie smoliste, czarne, ciężkie, natomiast Lucyfer energie zimne, zimno białe, białe oraz przeźroczyste. Technikami przetrwania tych istot jest rozszczepianie swoich energii duchowych (duszy) i fizycznych na wiele części. Moglibyśmy nawet pokusić się o użycie terminu „Horkruks” z Harry’ego Pottera, jeśli potraktujemy wiele książek, filmów, anime z dziedziny fantastyki jako odczytaną z kronik Akaszy przeszłość naszych dusz, które żyły w innych światach, wszechświatach, planetach. Możemy popatrzeć na wcielenia tych archaniołów w niższych gęstościach. Szatan to taki Orochimaru z anime Naruto, Aizen z anime Bleach, Voldemort z Harry’ego Pottera. Kiedy zaczynamy szukać Lucyfera, widzimy tylko Sarumana z Władcy Pierścieni i długo, długo nic. Tak jakby przestał się wcielać, ale możemy przypuszczać, że tak przecież się nie stało.

Najwięcej o Lucyferze możemy dowiedzieć się z prac samego Rudolfa Steinera. Jerzy Prokopiuk powiedział: Lucyfer jest patronem wszelkiego rodzaju idealizmu, sztuki (o tyle, o ile jest ona ekstatyczna, wychodząca poza materialność), mistyki, zwłaszcza orientalnej – tu od razu trzeba dodać, że zdaniem Steinera Lucyfer inkarnował się trzy tysiące lat przed Chrystusem, w Chinach, i to właśnie on dał impuls wszelkim religiom orientalnym. Niedokładnie może wszystkim, bo są tam także wątki pochodzące wyraźnie od Chrystusa, powiedzmy w idei bodhisattwy, w mahajanie. Ale wszędzie tam, gdzie pojawia się jednostronny ascetyzm, wrogość względem ciała, skrajny idealizm, szczególnego rodzaju eskapizm, mamy do czynienia z inspiracją Lucyfera. A takie są właśnie głównie religie orientalne. A z drugiej strony należy tu, oczywiście, także sporo elementów występujących w religiach europejskich, tzn. na pewno będzie to w dużej mierze gnostycyzm, powiedzmy to sobie otwarcie. Steiner nawet twierdził, że gnoza to jest sposób, w jaki widziano Chrystusa i fakt Jego Inkarnacji z perspektywy lucyferycznej

Stykając się bliżej z naukami Steinera i jego antropozofów, widzimy próbę pogodzenia i znalezienia miejsca w kosmicznym porządku dla Arymana, Lucyfera, Chrystusa. Widać tu wyraźnie oddzielenie, a nie chodzi tylko o fakt istnienia sił lucyferycznych, sił arymanicznych, sił chrystusowych (i można wymienić jeszcze kilka), co bardziej o wpływ ich dusz archanielskich, które tworzyły lub dały podwaliny pod te siły w formie różnych ścieżek, filozofii, religii, sposobów myślenia. Widzimy to na przykładzie tego cytatu: Steiner wielokrotnie podkreślał, że (autor: te istoty) same w sobie są one jak gdyby dalej dobre i jasne, a tylko w naszym kosmosie odgrywają taką rolę, ponieważ to jest ich forma poświęcania się dla człowieka. Jest to sytuacja, mówiąc łagodnie, bardzo dialektyczna, dlatego, że istoty te wprawdzie z jednej strony się poświęcają, ale przecież wcale nie zmienia to faktu, że na naszym poziomie są złe i groźne. To nie jest tak, że jak odsłonimy ich dobre jądro, czy rdzeń – choć niejednokrotnie o to właśnie chodzi – to tym samym możemy już lekceważyć ich złe działanie. Wręcz przeciwnie. To są jak gdyby dwa całkiem różne poziomy. I trzeba o tym pamięć. My mamy do czynienia z poziomem takim, na którym one są ciemne i złe, a są takie dlatego, żebyśmy mieli wolność. To jest właśnie u Steinera generalne uzasadnienie, nieustannie powracające. Gdyby nie istnienie ciemności i zła, nie wiedzielibyśmy, co to światłość i dobro. Starszą w tej parze postacią jest Aryman, który oddzielił się wcześniej niż Lucyfer od głównego nurtu rozwoju anielskiego, dokonującego się w ramach hierarchii, opisanych przed Dionizego Areopagitę. Otóż i jeden, i drugi ma cała bogatą historię. Steiner głównie opowiadał historię Lucyfera.

Osobiście odłączyłbym się od takiego myślenia, nie tłumaczył zła i miejsca dla zła, nawet jeśli zyski ukryte są pod płaszczem rozwoju, fascynujących i urzekających filozofii, metod, wglądów jasnowidzących, które pochłaniają umysł, ale osłabiają rozum. Również dlatego, że od świata do świata, a może raczej od wszechświata do wszechświata – nawet przyznał to Steiner w pewnych tekstach – powtarza się ta sama historia, cytuję: mało kto z antropozofów o tym w ogóle wie, że obecny, że tak powiem, wiodący Duch Święty – bo to znów jest cała grupa istot – jest to przemieniona istota lucyferyczna z poprzedniego kosmosu.

W założeniu wielu ścieżek duchowo-ezoterycznych zawarta jest koncepcja bardzo kodująca, która zakłada, że człowiek bez inicjacji nie jest w stanie nic wymyślić, odkryć, zbadać i zgłębić, jakby od początku w DNA człowieka była zakodowana uległość wobec bogów, archaniołów, bożków i czekanie na channeling jakiejś istoty lub grupy istot, objawiających prawdę. Osobiście nie znam archanioła na niebie, który nie walczyłby o rząd dusz, o władzę, nie uważał swoich poglądów i wglądów za najbardziej wartościowych i prawdziwych. To nie znaczy, że nie ma inaczej myślących i działających istot różnych gatunków i natur, takie myślenie byłoby pozbawione logiki.

Dla mnie jako terapeuty codzienne mierzenie się z różnymi wzorcami, kodami, wpływami subtelnymi ludzi, klientów pokazuje pewne zniewolenie osobiste i społeczne. Nie tylko przez wpływ podświadomości zbiorowej i samego działania podświadomości (to jest pomysł Arymana, patrz rozdział Podświadomość zbiorowa i karma rodowa, Energia Miłości), ale nieuświadomionych skutków inicjacji w ścieżki lucyferyczne i samego Lucyfera. Nie wiem, co jest groźniejsze, ponieważ podświadomość i praca z podświadomością, rodem, karmą jest przez nas jako ludzi dosyć dobrze opanowana. Sama podświadomość nie stanowi dla nas tak wielkiego wyzwania, jakim była za czasów Freuda, chociaż nadal stanowi silne, ograniczające piętno na całej ludzkości i poszczególnych organizmach żywych. Natomiast wpływ Lucyfera, jego technik – mimo tego, że Steiner tłumaczy jego działania jako inspirujące, wznoszące, posiadające natchnienie – są zniewalające, zamykające w światach ułudy z pozoru prawdziwych, dla ciał subtelnych i jaźni człowieka przerażająco prawdziwych, a jednak kłamliwych. I dopóki człowiek siedzi zamknięty w bańce lucyferycznej, przez zainicjowane struny w ciele subtelnym, przyjmuje to jako swego rodzaju rzeczywistość fizyczną i duchową. A jeśli mamy do czynienia z kimś trochę bardziej świadomym, struny te tworzą swego rodzaju filtr widzenia, a ponieważ jest silnie połączony z mózgiem, półkulami mózgowymi, szyszynką oraz przysadką, stanowi to swego rodzaju komputer zarządzający. Niby człowiek jest, posiada jaźń, myśli, inteligencję, rozróżnienie, ale jednak coś tutaj nie gra, można dostrzec jakąś skazę. To tak jakby Aryman skupił się na grupowaniu istot w kultach uziemiających, odcinających pierwiastek duchowy, tworzył nauki materialistyczne odcinające człowieka od posiadania wyższych zmysłów, zaś najlepiej prowadził do całkowitego wyparcia przez niego ducha i duszy, wprowadził takie typowe zezwierzęcenie. Natomiast Lucyfer kierował siły w „oświecanie człowieka”, w jego pierwiastek duchowy, ale jest tutaj do zapłaty cena, bardzo wysoka cena, bo trzeba przyjąć jego sposób postrzegania, widzenia, bycia.

Moje początki duchowe i późniejsze zetknięcie z lucyferyzmem

Pamiętam, kiedy w 2007 roku prowadziłem szkolenie z zakresu motywacji i rozwoju osobistego. Byłem uważany za eksperta w tej dziedzinie, przyjmowałem zlecenia od największych firm w Polsce. Na jednym z większych spotkań podeszła do mnie osoba, która zaczęła mówić o moich zdolnościach parapsychicznych, otwartych czakrach, mistrzostwie duchowym. Byłem sceptycznie nastawiony, nie interesowały mnie tematy ezoteryczne, byłem w tym czasie aktywnym apologetą katolickim, ale zaciekawił mnie fakt, że osoba nieznajoma potrafi mnie tak odczytać (sczytać) i powiedzieć tyle o mojej przeszłości, marzeniach, chorobach, wyzwaniach. Zaraz po powrocie do domu kupiłem dziesiątki książek duchowych, ezoterycznych, zacząłem drukować z internetu przeróżne prace, streszczenia, tłumaczenia. Zaciekawiły mnie pozycje Heleny Bławatskiej i jej późniejszych uczniów. Towarzystwo Teozoficzne założone przez Bławatską miało wiele celów, ale głównym było odtajnienie duchowych pism i nauk Wschodu na język zrozumiały dla przeciętnego zjadacza chleba żyjącego w Ameryce czy Europie. Towarzystwu pomagało wielu mistrzów od guru-jogi. Jednak patrząc na zdjęcie Bławatskiej, widzi się nieprzepracowane czarne energie (wzorce), zaś z aury emanuje biało zimne światło, wiele tzw. strun lucyferycznych. Można sobie poćwiczyć widzenie i popatrzeć na tych mistrzów w innym moim opracowaniu (zakładka: energie i czakry).

Po śmierci Bławatskiej pieczę nad Towarzystwem przejęła Annie Besant, która weszła w konflikt z późniejszą działaczką, Alice Bailey. Obie bardzo mocno promowały oświeconych mistrzów z Białego Bractwa, którzy mieli – według ich opinii – wcielić się w ciało fizyczne i zmienić świat. Pomysł na Białe Bractwo pochodzi od innego archanioła, Jana, który powielał energie chrystusowe, czyli energie, jakie przyjął archanioł Sandalfon w ciało Jezusa. Można powiedzieć, że Białe Bractwo to różne dusze, które emanują inicjacją w energie chrystusowe – dlatego wszyscy są tacy podobni do siebie, ale wszystkich ich zaliczamy do tzw. białych sił, białych postaw, jeszcze nie zimnobiałych sił Lucyfera. Alice Bailey została wyrzucona z towarzystwa, ale ze swoim przyszłym mężem (bardzo wysoko wtajemniczonym masonem) założyła firmę Lucifer Trust, która potem zmieniła nazwę na Lucid Trust. Ciekawa jest tutaj nazwa „Lucid”, która obojętnie nie przeszła w Stanach, dlatego zaczęto promować nauki i wtajemniczenia pod kolejną nazwą Arcane School. Alice Bailey jest ważną postacią, ponieważ nieświadomie (nie było w tym jej intencjonalnych działań) przyczyniła się do stworzenia ruchu New Age (nowej Ery Wodnika), czyli duchowości, jaka dosłownie „zalała” współczesny świat. Jerzy Prokopiuk w tym temacie powiedział: Lucyfer człowiekowi zaproponował wolność, bunt za wcześnie. Owo „za wcześnie” to jest właśnie bardzo często chwyt istot lucyferycznych, czy arymanicznych. Podejrzewam osobiście, iż wmawianie nam, że już wkroczyliśmy w Epokę Wodnika, to jest właśnie jeden z tych chwytów. Następnie wybucha I i II wojna światowa, czyli działanie sił arymanicznych, szczególnie Balroga, który opętał Hitlera (Balrog powołanie Arymana), a Jiddu Krishnamurti uważany przez Annie Besant za naczynie dla wielkiego ducha (mistrza) ze swoimi podstawami teozoficznymi w końcu sprzeciwia się teozofom i zaczyna swoje własne nauczanie oparte jednak na podstawach indyjskich. Energie Alice Bailey – podobnie jak u Bławatskiej – pokazują inicjacje i cząstki lucyferyczne w ciele, zimny rdzeń.

Wróćmy do mojej opowieści

Kilka miesięcy po wykładzie i wielu lekturach duchowych zacząłem zadawać pytania: czemu nikt nie pisze o duszy, czy dusza jest podświadomością, czy dusza to ciało astralne, czy dusza jest samoświadoma, czy dusza przejawia się w naszych ciałach (gęstościach) czy istnieje w jeszcze wyższych gęstościach/wymiarach? Jeśli anioł lub archanioł to gatunek duszy np. taki Gabriel i Michał to raczej stare dusze, ale dusze, nie Wyższe Ja czy Wyższa Jaźń, to gdzie te istoty przebywają, w jakich gęstościach? Dalej w tym rozmyślaniu zadawałem pytania: A może dusza jest tym, co Bławatska i Huna opisują, mówiąc o tzw. „Wyższym Ja”, „ ego” bo przecież dusza anioła to nie podświadomość, czyli niższe ja (patrz książka „Ciało przyczynowe”, Arthur E. Powell)? A co się dzieje w takim razie z jeszcze wyższą częścią, tzw. Monadą? Zadawałem pytania, rozmyślałem, ale odpowiedź ani cichy głos we mnie się nie pojawił, chociaż kilka miesięcy wcześniej usłyszałem wyraźnie „coś z góry”, żebym szedł w tym kierunku. Zostałem sam, ale tam gdzie teoria i intelektualizowanie się kończy, a my sami mamy postawę odpuszczenia z wiarą, że jakoś to zrozumienie czy ta pomoc się pojawi, znajdujemy odpowiedź. Na swojej drodze spotkałem dwie osoby, które publikowały na dużym forum (cudownyportal) rozmowy z duszami i pracę z duszą. Byli to Sławomir Majda i Verowa (Rozalia Garlicka), co ważniejsze, oboje uczyli się od tej samej osoby, pewnej kobiety. Jednak u Majdy nie występują podczepienia lucyferyczne.

Szybko nawiązałem kontakt i relacje ze wszystkimi, ale wspólna praca polegała na rozmowach z Rozalią i tajemniczą kobietą, która zresztą powiedziała, że widziała moje wpisy i czekała na kontakt. Po kilku miesiącach zjawiskowej wspólnej pracy pojawiła się taka myśl, że tajemnicza kobieta to wcielenie archanioła Michała, bo korzystała z białych energii, stosowała sądy, kasacje, odczytywała glejty, pakty – wszystko w celu uwolnienia planety z czarnych sił i wielu astrali. Większa część sesji dotyczyła tematów osobistych; uczyła o transformacji, połączeniu międzyjaźniowym, trójpodzielności naszej istoty, ale były również rzeczy mniej ciekawe, np. dosłowne rozbieranie nas z mocy, wyciąganie z wcieleń i podświadomości pamięci różnych technik, energii, stosowania niszczących ciała subtelnych – pryszniców. Po sesjach miało się wrażenie zmęczenia, a nie odbudowania. Im więcej odbywało się sesji, tym bardziej czuło się dosłownie gołym aż do szpiku kości. Chociaż cały czas przyświecała idea, że oto właśnie czynione jest coś dobrego, właściwego, najlepszego dla świata. Jakieś półtora roku później tajemnicza kobieta, która tyle pokazała, nauczyła, pod wpływem różnych ataków (domniemanych białych), zrezygnowała i przestała się odzywać. Dosłownie z dnia na dzień zostaliśmy sami. Założyliśmy z Rozalią forum i tam publikowaliśmy dalsze swoje uwolnienia, sesje, wglądy czy wyniki badań.

Jest to opowieść o Lucyferze, a więc gdzie tu miejsce na Lucyfera. Zaraz do tego dojdziemy. Kilka miesięcy temu, dokładnie po 13 latach, spotkałem tę osobę, tajemniczą kobietę. Już od pół roku zbierałem notatki, robiłem podsumowania, uwolnienia od Lucyfera i lucyferyzmu, ale także od Rozalii i jej technik magicznych i opętańczych. Szukałem samej genezy inicjacji. Na początku uważałem, że ten wpływ jest od Rozalii Garlickiej przez jawne działanie jej całej istoty z Lucyferem, istotami zależnymi od niego i lucyferystami. Czułem jednak w sobie, że ma to genezę dużo wcześniejszą. Trudno również negować fakt, że dusze archanielskie (tzw. białe anioły) znają się wzajemnie, współpracują przy wielu projektach, wymieniają się inspiracjami, umiejętnościami, to znaczy, że wiele światów i technik powstawało przy współpracy czarnych z białymi i odwrotnie – i to dotyczyło również mojej istoty. Skupiłem się na poziomie fizycznym, biologicznym, czyli na tym, co sam widzę i czego dotykam, a raczej: co mam przed swoim nosem. Oczywiście w tym okresie wykonywałem zdjęcia, które wysyłałem do wielu różnych radiestetów i jasnowidzów dla dodatkowego wglądu. Zrobiłem wszystko, żeby spotkać ponownie ową tajemniczą kobietę. Na początku z kilku metrów spoglądałem na jej aurę, energie i szukałem w niej samej archanioła Michała, ale nic takiego nie zobaczyłem. Przez wiele ostatnich miesięcy uwolnień, ale i treningów uczyłem się rozróżniać cząstki Lucyfera i inicjacji lucyferycznych. Teraz mając przed sobą swoją dawną znajomą, oniemiałem. Nie było tam jasnych energii, ciepłego światła, nawet energii białych, raczej ciemność zmieszana z jasnozimnym światłem z wszczepionymi strunami Lucyfera. Podszedłem bliżej, żeby popatrzeć w oczy tej osoby – ciekawe jest to, że mnie nie rozpoznała – i zobaczyłem duszę przypominającą raczej kameleona albo jaszczura, czyli powołanie Lucyfera. Na początku cieszyłem się z kontaktu, po tylu latach serce biło szybciej, ale kiedy do mojego mózgu zaczęło dochodzić, co tu się właściwe stało, kim jest ta osoba, zrobiłem kilka kroków w tył.

Podczas powrotu do domu myślałem: energie Michała otaczały tajemniczą kobietę w tamtym okresie, nasze ciała (moje i Rozalii) reagowały doskonale na pamięć wspólnej bliskości, działań, wcieleń – jak anioła z aniołem, czyli gdzieś wewnętrznie była pamięć bliskości. Czyżby ta istota lucyferyczna wykorzystała pamięć tego i jedynie channelingowała archanioła Michała przez krótki czas, aby zdobyć zaufanie, otworzyć nasze moce oraz użyć ich do własnych planów? Ale po co jednocześnie osłabiała, rozbierała nas, degradowała? Czy robiła w ten sposób miejsca na Lucyfera. I czemu podczas wieloletnich badań nigdy nie było dogłębnego tematu samego Lucyfera, a on sam nigdy – jako jedyny z książąt piekielnych – nie został uwolniony. Przecież zainicjował ścieżki filozofii Wschodu, religii orientalnych, sama baza nazw gęstości subtelnych jest wynikiem działań nauczycieli indyjskich, w tym teozofów – przecież to apostołowie Lucyfera. I od kiedy Lucyfer stał się „tym dobrym”, kumplem od piwa, bratem? Czy tylko przez serial Lucyfer, bo to taki fajny pomysł prosto z piekielnego działu PR.

Mamy w tej historii jeszcze powinowactwo buddyzmu z Janem i Lucyferem. Jan jako jeden z przedstawicieli białych odpowiadał za buddyzm, a wiele energii z czakramu podstawy i czakramu sakralnego buddystów (są tam techniki negowania fizyczności i seksualności) były przez niego zbierane (przypominało to zmieszany czerwono-złoty strumień). Widzimy jak zaradny był ten archanioł. Nie tylko strona zachodnia, jak chrześcijaństwo, ale i strona wschodnia, w postaci buddyzmu była od niego zależna. Z kolei techniki oświeceniowe w tych ścieżkach pochodziły typowo od Lucyfera. U Jerzego Prokopiuka czytamy jeszcze: Przytoczyłbym tu przykład Babadżiego (od autora: wcielenie Gabriela), który jest klasycznym przykładem inkarnowanej istoty lucyferycznej. Ma on po prostu swoje spore grono wyznawców, którzy łączą się z nim. I sami tego chcą, bo przecież on im proponuje połączenie się z nimi przez ekstazę, tak jak to jest w wersji orientalnej: kropla wraca do oceanu w ekstazie. Nie jest to bynajmniej śmierć mistyczna, to nie dokonuje się przecież w cierpieniu, człowiek sam tego chce. Jest to więc całkowity kontrast w stosunku do propozycji, jeśli można użyć tego słowa, Chrystusa, który powiada: śmierć – tak, i to w cierpieniu najczęściej, ale potem zmartwychwstanie. Natomiast Lucyfer ani Aryman nie proponują żadnego zmartwychwstania. Aryman, oczywiście, ex definitione, bo bydlę po prostu nie ma co zmartwychwstawać, nie ma co w ogóle pchać się do zmartwychwstania. W wariancie podsuwanym przez Lucyfera może być, owszem, właśnie tak, że człowiek jak gdyby się w nim roztapia – byłaby to więc poniekąd doprowadzona do końca sytuacja „kolacyjki”. Ale jest jeszcze pewna inna wersja, mianowicie taka, że człowiek pojawia się po śmierci, jakiejś tam śmierci, która nie jest, oczywiście, śmiercią zupełną, w świecie Lucyfera. I to jest właśnie ten świat, który budują i Lucyfer, i Aryman gdzie indziej, w pewnej innej sferze, a który Steiner nazywa ósmą sferą.

Kolektywy lucyferyczne

Wspomniałem o apostołach Lucyfera. Rudolf Steiner również był członkiem Towarzystwa Teozoficznego, ale po skierowaniu uwagi Towarzystwa na wychwalanie kolejnych mistrzów na nieboskłonie – takie jest moje przypuszczenie – założył własną naukę antropozoficzną. Dziś antropozofia ma wiele różnych gałęzi w wielu dziedzinach życia, m.in.: edukacji, architekturze, sztuce, medycynie i rolnictwie; jest i medycyna antropozoficzna, tj. naturalne produkty do pielęgnacji ciała oraz biodynamiczne uprawy roślin. Steiner był krynicą kreatywności, wypowiadał się z wielką wiedzą na prawie każdy temat. I nie można powiedzieć, że wszystko zawdzięcza Lucyferowi, bo byłoby to kłamstwo. Wspominam o Steinerze, dlatego że pod koniec życia widać w nim było niesamowitą przemianę, zejście ze ścieżki lucyferycznej. Pytanie brzmi tak: „Kiedy zaczyna się ścieżka lucyferyczna?”. Od wyrecytowania mantry, specjalnej modlitwy, przeczytania książki, przyjęcia inicjacji, zrezygnowania z wiary w inne bóstwo czy archanioła? A może od zwykłego zarejestrowania się na forum, pójścia na szkolenie, fascynacji daną ideą, filozofią, ścieżką? Wiele osób nie wie, że również Richard Bandler ma w swoich ciałach struny lucyferyczne. Nie są one tak mocne, jak u teozofów czy wielu mistrzów duchowych, ale gdzieś to „liźnięcie” również w nim wibruje.

Wspominam o kolektywach nie tylko ze względu na często używany przeze mnie przykład – lucyferyczne Borg z serialu Star Trek (szczególnie Voyager). U lucyferystów występuje pewne ujednolicenie energii, ale też korzystanie ze wszystkich dostępnych, bo wypracowanych wcześniej: pomysłów, idei, wglądów, wiedzy – tak, jakby członek miał dostęp do „większego umysłu”, „szybkiego komputera”. I teraz najciekawsze: cokolwiek dany członek – lepiej powiedzieć człon – wymyśli, napisze, podsumuje, a nie zostanie to zrealizowane, wykorzystane, powtórzy to kolejny, przyjmując te myśli, idee, powiedzielibyśmy nawet „tego ducha”, jako swojego. Pamiętam kiedy Rozalia Garlicka spotkała się z Jerzym Prokopiukiem i zapytała: „Czy nie jest wcieleniem Steinera, bo ma jego pamięć?”, na co Jerzy odpowiedział: „Raczej pod wpływem tego wielkiego ducha, ale na pewno nie wcieleniem”. Podobnie było ze słowami „wszystko jest energią”, które wypowiedziała Alice Bailey w swoich pozycjach ponad sto lat temu, co głośno jest propagowane przez ruch New Age, a co zostało potraktowane jako własny pomysł i zestaw słów przez Rozalię. Było to dziwne w obserwacji. Pytanie brzmi tak: „Po co Lucyfer się tak angażuje, daje, rozdaje, inicjuje? Po co Lucyfer się ukrywa: niby go nie ma, stoi niewidoczny z tyłu, a jednak w wielu rzeczach, osobach jest obecny? Czy walczy tylko o wyznawców? Czy może chce coś udowodnić swoim działaniem? A może chce wyznaczać ścieżkę innym istotom lub swoim braciom archanielskim czy komuś jeszcze?”. Przejdźmy do dalszej części historii.

W poszukiwaniu zrozumienia

Pamiętam kiedy przyszedł do nas chłopak, który na dzień dobry channelingował słowa Lucyfera. Wyrzuciliśmy cząstki Lucyfera umieszczone w jego ciałach i czakrach, ale podczas tego procesu jedynie się śmiał. Był to iście diaboliczny, pusty, zimny śmiech. Zamiast podążać za tym impulsem, czyli kontynuować dlaczego ktoś taki przyszedł i dopiero teraz się ujawnił – zignorowaliśmy to, ponieważ Lucyfer nie był przez nas traktowany poważnie, bardziej jako istota niższa w hierarchii, podległa i uległa, a przede wszystkim – zależna od naszej woli i siły. Ta wypracowana fizyczno-psychologiczna postawa w nas samych – jeszcze raz powtórzę, pomijając wspólne pochodzenie archanielskie – dawała mu w całej rozciągłości niesamowitą przewagę. W tamtym roku zrobiłem tournée po kraju i odwiedziłem wielu ludzi zajmujących się duchowością, ezoteryką, nawet odkryłem paru mało znanych szamanów. Większość mnie znała, wiedziała, czym się zajmuję, niektórzy czuli dziwny respekt, ale szaman z szamanem zawsze się dogada, nie trzeba wielu słów. Moje pytania skierowane do nich były proste. Po wielu dłuższych, czasem krótszych rozmowach usłyszałem: „Było kontynuowane nauczanie teozoficzno-antropozoficzne”, „Wpływ Lucyfera”, „Rozalia Garlicka to lucyferystka w energiach”. Pojawiły się nawet miłe słowa, że moja książka Energia Miłości to jedna z ważniejszych pozycji duchowych, które pojawiły się w ostatnich stu latach na rynku, ale niektóre odczyty były błędne, zaś samą Bławatską czytał Zygmunt Freud, Carl Gustav Jung i prawie wszyscy znaczący myśliciele, filozofowie, bo w tamtym czasie jej książki przypominały współczesne The Secret. Sprzedawały się w milionach egzemplarzy i były kupowane przez elity, na których są zbudowane wszystkie tajne stowarzyszenia i organizacje. Ktoś inny dodał: Lucyfer wam służył i pomagał, ale czego chciał w zamian? I od rozmowy do spotkania został mi polecony profesor, który zajmuje się psychoterapią. Zleciłem mu i jego adiunktowi wykonanie profili psychologicznych tzw. 12 bogów, co w mojej książce nazwałem „pierwszą falą”. Na kilku spotkaniach opowiadałem historię różnych wcieleń, reakcji zachowania i decyzji podczas tzw. „przebudów duchowych”. Profile uzyskałem na temat połówek: Metatron – Sandalfon, Jan – Rozalia (Yavanna), Piotr – Maria, Lewiatan – Maria Magdalena, Szatan – Lucyfer, Biały – Belial. Dodatkowo został wykonany profil osobowości na podstawie książki, jaką wydała pod swoim prawdziwym imieniem Rozalia. Na bazie notatek tych ludzi, po każdym przeczytanym akapicie przypominały mi się przeszłe sytuacje, ale miały one inny wymiar, powiedziałbym oczyszczający, np. stosowania przeniesienia na moją osobę, oczerniania, mechanizmów obronnych w postaci intelektualizowania, tworzenia fałszywej i nietrwałej struktury Ja, powiązaniach współuzależnionego z naciskiem na aspekt symbiotyczny, skutki wpływu osoby i istot o rysie narcystycznym tzw. syndromie boga. To, co dostałem, było przerażające, ale jak bardzo oczyszczające i rozbierające całą strukturę tzw. 12 bogów, czyli istot, które podzieliły część przestrzeni i świata według swojej woli. O tym będzie kolejne opracowanie.

Nie wytłumaczyłem do końca, dlaczego potrzebowałem wglądu i zrozumienia kogoś z zewnątrz? Pytania pojawiły się tuż po skończonych przebudowach, po uwolnieniu Lucyfera i Yavanny, bo wtedy dopiero wszystko wyszło z ukrycia: kim są, co robią, po co to robią i czym jest tzw. „miłość czysta” (dotyczyło to szczególnie ich dusz i wj). O tym opowiem w innym opracowaniu, ponieważ wszystko to rozciągało się w czasie. W tamtym okresie, pierwsze były prowadzone rozmowy z każdym archaniołem zaangażowanym w ten system, pokazywanie nowego, rezygnacja z zysków, a gdy rozmowy, zdejmowanie pieczęci nie pomagało, było upieranie się przy swoim (starym): następowały uwolnienia od nich oraz ich sił, jakie odcisnęli w tym wszechświecie i gęstościach subtelnych. I tak miesiąc po miesiącu, dzień po dniu, od rana do wieczora (czułem się ponownie jak Ender z Gry Endera). Moje ciało po uwolnieniu Lucyfera i Yavanny, które były tylko częściowe, powiedziało „dość”, dosłownie mój mózg mnie „wyłączył”, powiedział „koniec”. To, co się działo w tamtym okresie, nie przypomina horroru ani komedii, raczej diaboliczną „Grę o Tron” tych istot. Zrobić wszystko, by zająć własne, wyższe miejsce i ukształtować nową hierarchię. Miałem się przekonać na własnej skórze, że dopóki uwolnienia dotyczyły, nazwijmy to, „oponentów”, wszystko było w porządku, ale kiedy „przyszła kryska na matyska”, okazało się, że żadna moja część nie jest wolna od tych istot, raczej przypomina chorągiewkę na wietrze. Lucyfer z Rozalią mieli dostęp do całego pola podświadomego i wzorców, mogli wchodzić, rozbijać, wpływać, przejmować metr po metrze przestrzeni duchowej, psychicznej, podświadomej i fizycznej, a ponieważ duszy już nie posiadałem – została ona przez nich rozebrana i podzielona na części, a później wchłonięta przez ich ciała, czyli dokładnie tak, jak robi się w piekłach, zostałem sam. Moja Wyższa Jaźń musiała się uwalniać razem ze swoją jeszcze wyższą częścią od tego, co czekało tyle mileniów do zrobienia, a co wyszło w niższych gęstościach.

W tamtym roku (okresie) straciłem sprzęt elektroniczny za ponad dziesięć tysięcy złotych, zwierzęta były opętane i przenosiły energie Lucyfera i Yavanny, kilka osób w mojej rodzinie miało bardzo nieprzyjemne wydarzenia, a dwie osoby wylądowały w szpitalu (to jako forma zastraszania), zostało otwartych setki portali energetycznych w promieniu kilkuset metrów od domu (gdyby nie pola energetyczne sąsiadów (głównie katolików), byłoby bardzo źle; jedna osoba, która oczyszczała mieszkania wyszła i powiedziała „spalić”, większość oszczędności skierowałem na przeżycie i opłacenie obcych ludzi. Wszystko dlatego, że moje własne wzorce uległości (podświadome) odziedziczone po zdominowanych męskich przodkach, wpływ energetyczny tzw. miłości czystej, ale zmienionych i zakodowanych wcieleń, jak i wewnętrznych dzieci, które scalałem; jak również śluby podległości i zależności wobec Rozalii (Yavanny) i Lucyfera pozwoliły mnie dosłownie opętać, zniszczyć i zdegradować całą strukturę Ja, oś, już o zjedzonej duszy wspomniałem. Dla mnie i moich najbliższych ostatnie pół roku było walką o wolność, o wyjście z sekty Rozalii i Lucyfera, ze wszystkich pobudowanych ich struktur i wpływów energetycznych. Co ciekawe, Sławomir Majda już w 2008 przestrzegał przed tzw. „bandą Verowy”, „łapaczami dusz”. Wracając do tematu. W listopadzie 2019 roku, przyszły do mnie dwie kobiety, obie miały styczność z Rozalią i mój kolega od razu zwrócił mi uwagę, bo rozmawiałem z jedną przez komunikator, na naszym spotkaniu: „Opętana. Przepuszcza energie ze struktur Yavanny”. Nie tylko channelingowały, czyli przepuszczały energie, słowa, ale miały utrwalony podświadomie obraz bogini, która dała im świat, życie, jedzenie, a one klęczą. Pomyślałem sobie. Zainwestowałem siedem lat swojego życia w badania, kierowałem dziennie większość swoich zasobów i mocy w uwalnianie i rozbieranie poszczególnych systemów duchowych, bo taka jest moja funkcja i umiejętności duchowe, należało zatem podsumować ścieżkę dualną, ale nigdy nie będę zamieniał garnka na kociołek, tzn. Białego (traktowanego przez istoty jako boga), na inną istotę, która chce zająć jego miejsce. Badania miały nieść i dać wolność, domknąć potrzebę tworzenia takich planet, a nie tworzyć nowe struktury hierarchiczne, opętańcze, wzbogacone o nowych wyznawców, syndrom boga, królowej, której służą robotnice. Ludzie, którzy mają wzorce narcystyczne, oraz ich dusze, w których nie daj boże występuje jeszcze nie uwolniona paranoja z histerią, nieprzepracowane wzorce piekielne, nigdy nie powinni wchodzić na drogę duchową, ponieważ wystarczy wiara tylko kilku oddanych współpracowników, podszept Lucyfera co do własnego wieku, miejsca w hierarchii, elitarności, prawdziwości wglądów i czasu oraz wymiaru, który się widzi i mamy przez te postawy zablokowaną możliwość pracy nad swoim prawdziwym wnętrzem, strukturą Ja. I co gorsze, może w tym przekonaniu trzymać – i tak się dzieje – dusza i Wyższa Jaźń, które przecież też są (mogą) być zależne od innych istot, nie tylko Lucyfera.

Kiedy spotkałem kolejne osoby z forum podczas już przejętych przez Lucyfera dawnych struktur – one się dosłownie wiły opętane na ziemi. Jak nie wychodził Lucyfer, tak wychodziły wzorce uległości i podległości wobec nowych bogiń, zastraszenie, silny lęk, całe zdegradowane niewłaściwymi praktykami ciała subtelne i oś psychiczna. Byłoby łatwiej, ale te istoty nawet podczas uwolnień były aktywne astralnie, skanowały, odczytywały, latały wokół. Dwa razy zgodziłem się pomóc, kolejny raz powiedziałem: „Do egzorcysty”. Nigdy w swoim życiu, a może i istnieniu, nie spotkałem istot tak zawłaszczających, manipulujących, opętujących, bo ten rodzaj opętania nie wygląda na demoniczny, są tu zakodowane myśli, wzorce, emocje tych istot, które osadzone w rdzeniu, w sercu, w głowie i na ciałach subtelnych – degradują już rozbite ja (jaźń, osobowość) i wpływają na myśli, emocję, postrzeganie, czucie i ostatecznie decyzję. Wpływały także przez sen (astralnie) na strukturę i kody senne, żeby odbić własne wzorce zachowania w podświadomości. Sama liczba pobudowanych struktur w różnych gęstościach, nie tylko najniższych, takich jak: eter, astral i mental, czy matryc do odbijania „miłości czystej”, czy uwalniania dusz skasowanych przez ich wolę, a później pokodowanych, rozgrabionych z energii i własnej mocy, już przyprawia o ból głowy. Najtrudniejszy do zaakceptowania, co przedstawię w drugiej części opracowania, był fakt, że tysiące istot było przygotowanych na uwolnienie Arymana z gęstości, jego duszy i WJ. Mówił o tym Steiner, wiedziało o tym wielu mistyków; gęstości były przygotowane pod uwolnienie Szatana, Beliala przed rokiem 2012 i po nim, ale kiedy przyszedł czas na Lucyfera – stała tam moja cała istota i parę innych, a przez jego techniki rozszczepiania, traktowania ciała w formie tzw. inteligentnego proszku zbudowanego z milionów części, ale też osadzenia w tajnych stowarzyszeniach, szkołach duchowych, ukrył się w ciałach podziemnych ludzi i działał z ich poziomu, by się odbudować. Właśnie te przebudowy, które były planowane setki lat wcześniej oraz zejście starych dusz, które miały to wykonać z najniższej gęstości, były chyba tym, co zaangażowało Lucyfera w metodę pracy z duszą, bo kiedy przyszło do właściwych uwolnień i wzięło się go „za fraki”, to faktycznie „fraki” i jego Wyższa Jaźń całkowicie poddały się wchłonięciu przez swoją wyższą cząstkę, ale jego niższe części, jak Voldemort albo feniks z popiołów wracały na ziemię i do ludzi. Tak jakby część wyższych gęstości została uwolniona od niego, a w niższych – przez nasze własne uwikłania – zostały aktywne.

Zakończenie

Mocno do zastanowienia daje jeszcze działanie sił nieomówionych tutaj, cytuję: Średniowieczni katarzy rozróżniali trzy istoty demoniczne: Lucybela (wyraźnie chodzi tu o Lucyfera), Szatana (jako odpowiednika Arymana) i Nihil (tego, który jest nicością, i jest to, oczywiście, Sorat, czyli ściślej mówiąc, Assur). Istoty lucyferyczne gnieżdżą się w ciele astralnym, czy też atakują ciało astralne człowieka, co oznacza, że obierają sobie za przedmiot jego namiętności, popędy, uczucia; z kolei istoty arymaniczne atakują ciało eteryczne człowieka, w związku z czym są groźniejsze, bo atakują jak gdyby bios ludzki, czy podstawy ludzkiego biosu; natomiast istoty assuryczne atakują ludzkie „ja”, centrum samego człowieka. Jest to – chciałoby się tu nieomal użyć tego określenia Alfreda Jarry’ego – „wymóżdżanie”, ale nie chodzi o mózg, jest znacznie gorzej, jest to „wyjaźnianie” człowieka, jeśli można tak powiedzieć. I tu widać wyraźnie, że assury idą ręka w rękę z istotami arymanicznymi, to znaczy, z jednej strony, mamy arymaniczne materializowanie człowieka, a z drugiej strony – zabieranie mu przez assury „ja”. Po prostu. Steiner wyróżniał jedną z tych istot, nazywał ją Soratem i mówił o nim, że jest to Demon Słoneczny, tzw. ten, który w Apokalipsie występuje jako bestia 666. Istoty assuryczne wkroczyły w historię ludzką stosunkowo niedawno. Osobiście podejrzewam, że wiążą się z nim te wszystkie zjawiska w naszej cywilizacji, które wprost atakują ludzkie „ja”. I to nie tylko przez to, że czynią z człowieka coś w rodzaju maszyny, bo do tego wystarczy po prostu przecięcie owej więzi pomiędzy „ja” a resztą, czyli duszą i ciałem. W działalności assurów mamy bowiem do czynienia z atakowaniem samego „ja”. I czasami ma się po prostu wrażenie, przy bezpośrednim kontakcie z pewną kategorią ludzi – a mówi mi o tym nie tylko moje bezpośrednie doświadczenie, lecz także ukazuje to też w wyraźny sposób wiele opisów literackich – że mamy do czynienia z istotami, które mają ciało ludzkie, duszę jeszcze ludzką (w tym sensie, że występuje u nich jakieś tam działanie intelektu, uczuć, woli), ale brakuje „ja”. Czuje się, że jest to tylko jakiś taki rodzaj potiomkinowskiej fasady. Pozór jest ludzki, a w środku tego – „ja” ludzkiego już nie ma. Tak więc w wyniku działalności Assurów pozostaje pewnie tylko jakaś taka pragmatyczna resztka „ja”, która powoduje, że ta całość trzyma się jeszcze w ogóle kupy, jeśli można się tak brzydko wyrazić. Natomiast prawdziwego „ja”, w znaczeniu bezinteresownego zwrócenia się ku prawdzie, dobru i miłości, tego po prostu tam już nie ma. Przypomina to działanie Beliala (ciężka energia fioletu), dzieci Beliala, sam Orion był podzielony na wpływy Lucyfera i Beliala. Natomiast przedstawiony w tym akapicie sposób oddziaływania na poszczególne ciała subtelne nie jest do końca prawdziwy, bo każda z tych istot potrafiła działać na wielu poziomach: ciała mentalnego (umysłu, ja, jaźni), ciała astralnego (emocji, serca, uczuć), ciała eterycznego (popędów, kreacji, biologii). Dodatkowo w tym krótkim opisie jest przedstawione coś, co do dzisiaj wibruje w ciałach tajemniczej kobiety (szczególnie na poziomie jej ciał najwyższych). I pewnie to dotyczy wszystkich istot, które wcielały się często na Orionie. Jednak najważniejszy jest fakt oddziaływania Lucyfera na poziomie eterycznym (biologicznym), pomijając już to, że wszyscy oni byli mistrzami iluzji, kłamstwa i fałszu.

Dlaczego o tym wspominam na samym końcu? Obecna sytuacja geopolityczna, wirus w dużej mierze pojawiły się po przetasowaniu sił duchowych, uwolnieniu Arymana, osłabieniu i odbudowaniu Lucyfera, widać też wyraźne działania sił asurycznych. Wierzę jednak, że już nie jedna lub kilka istot, a cała ludzkość przez świadomość, uświadomienie, wiedzę i miłość własną uwolni te siły i wpływy z siebie i ze świata. Świadomość tego: kim jest Lucyfer i jak działa, kim był Aryman i jak działał oraz wszyscy, którzy im świadomie, nieświadomie służyli, bo są to niewątpliwie wszystkie istoty zainicjowane w tajnych stowarzyszeniach, strukturach masońskich, niektórzy mistrzowie duchowi, ale też wielu naukowców – obudzą się i przestaną się ich lękać, ale i od nich czerpać.

Wspomnę jeszcze o działaniu Jana, który umacniał zachowanie swojej połówki, Yavanny – pomijając, że wyglądało to jak tania opera mydlana. Jan podtrzymywał długo zobowiązanie, że jeśli nikt ze starych archaniołów nie będzie oceniał i prowadził sądu ostatecznego, to on to zrobi, on uwolni bestię. A to my mamy wpływ, każdy człowiek, każda istota, w nas jest siła i moc sprawcza, nie w proroctwach, które ktoś chce zmaterializować za wszelką cenę. To schizoidalne zachowanie – jak powiedział psychoterapeuta, ale też całkowita zależność wszystkich dwunastu bogów od swojej domniemanej wyższości prowadziło do całkowitej symbiozy i zależności od swoich ról i wzajemnego postrzegania. O tym opowiem w innym opracowaniu, bo wiele istot ma różne zależności z tymi „dwunastoma bogami”, a raczej archaniołami.

Można się uwolnić, odbudować, przebudować nawet po największej degradacji i zniszczeniu. Nie jest to proste, jeśli występują zależności karmiczne, ktoś miał dostęp do naszej podświadomości i wzorców, ale jest to możliwe i istotne – najważniejsze. Również ważne jest, aby rozwijać się w różnych nurtach i metodach, mieć wielu specjalistów, przyjaciół, ludzi dookoła siebie, którzy wiedzą: co przechodzimy, jakie siły działają – nawet jeśli nie rozumieją tematu gęstości astralnej, duszy – ponieważ to buduje, pozwala zobaczyć, że świat jest inny, niż myślimy lub myśleliśmy; że ten oto bóg, ten kat, władca, archanioł to pogubiona istota, która najadła się naszych energii i to my sami oddaliśmy jej własną wolę i możliwość oceny.

PS

Za dwa dni obchodzę swoje 40 urodziny. Dziękuję sobie za tę przebytą drogę, bo nigdy bym nie przypuszczał, że zło może być ubrane w takie: osoby, istoty, rzeczy, tematy, metodę; być w białym, złotym czy kolorowym na niebie. Samo zrozumienie, że walcząc ze złem podtrzymujemy i generujemy mrok w sobie, jak pokazał to tytułowy bohater w serialu Luther, jest równie ważne dla mnie. Również temat stawiania kogoś ponad siebie, idealizowania kogokolwiek czy bycia idealistą ma krótkie nogi i prawie zawsze prowadzi w nicość.

Nikodem Marszałek

kwieceń 2020

Strona Sławomira Majdy

http://modlitwainnanizwszystkie.pl

Opracowanie Jerzego Prokopiuka w całości

https://www.gnosis.art.pl/numery/gn07_prokopiuk_steinrowska_dem.HTM

2 myśli na temat “Lucyfer i wpływy lucyferyczne – droga do uwolnienia

Możliwość komentowania jest wyłączona.