Ayahuasca, budda w krawacie i ucieczka w biała duchowość

Opracowanie zawiera dużo cennej wiedzy duchowo-psychologicznej. Dlatego postanowiłem nie dzielić dłuższej niż zwykle treści na części, aby temat był łatwiej przyswajalny. Zapraszam serdecznie do lektury.

Nie potrafiłem odnaleźć się w matrixowym, amerykańskim świecie. Bieg zdarzeń sprawił, że wylądowałem w community ekologów i artystów. Miejsce to nie jest czyste i wypełnione miłością. Ale jest tam wielu przebudzonych i znalazłem tu doraźną „pomoc”.

Poleciałem głęboko w palenie Cannabis (konopi), co redukowało ból i emocje, które tworzył mój umysł… Z czasem zaczęły pojawiać się kobiety-anioły, w obecności których odzyskiwałem wyższy poziom wibracji. W połowie listopada poleciałem na Bali na ceremonię Ayahuasci. Tam oczyściłem się ze świństw, które brałem, dostałem kilka wglądów i zrozumienie. Poczułem wibracje Miłości i Akceptacji.

Aya (Ayahuasca) przedstawiła mi kobietę, z którą poleciałem na Dziewicze Wyspy. Było bajkowo – świadome zauroczenie plus bliskość natury. Czułem oceany wdzięczności, akceptacji i miłosierdzia. Zero zobowiązań i zero oczekiwań. Jak tylko coś się pojawiało, to rozpracowywaliśmy to rozmową i medytacją – wszystko puszczało.

Podczas ceremonii miałem wizję, żeby zająć się byłą partnerką, która „zagubiła się” w sobie w Indiach. Ściągnąłem ją do siebie i zmieniliśmy relację na brat – siostra. Nasza relacja od początku taka była, ale schematy, programowanie i pociąg seksualny zrobiły swoje.

Uczę się płynąć, nie kreując albo kreować z Miłości. Uczę się, gdzie jest granica (jeśli takowa jest) między całkowitym poddaniem się życiu, a podporządkowaniem sobie chwili.
Ostatnio zastanawiałem się, czy iść głębiej (jechać na Rainbow Gathering do Tasmanii) i żyć na łonie natury, wśród przebudzonych istot, czy zacząć żyć z tym, czego się nauczyłem w matrixie, wśród ludzi nieświadomych i iść do pracy, żeby zwiększyć przepływ pieniądza.

W community mam zapewnione spanie i jedzenie w zamian za kilka godzin pracy w tygodniu na rzecz grupy, dlatego przez ostatnie miesiące mogłem zajmować się pracą nad ambicjami i wygaszaniem swojego „chcenia” oraz poszukiwałem ich źródeł. Wiele mnie to nauczyło, poznałem kilka niesamowitych istot i wsparcie z ich strony. Zrozumiałem, że życie się mną zajmie… Ale czasami przychodzi pytanie, czy to jest już wszystko? Czy robię wystarczająco?

Dziękuję, Nikodem, że pojawiłeś się w moim życiu i za Twoje nauki…

Kontekst
Z tego co pamiętam, zrobiłeś roczne duchowe tournée po świecie. Byłeś u znanych guru duchowych w Europie, Ameryce Południowej, Indiach, w wioskach mniejszych i większych. Rzuciłeś pod swoje nogi wszystkie metody, miejsca, praktyki – nie miało znaczenia, gdzie, u kogo, za ile – sprawdziłeś. Po rocznej duchowo-ascetycznej wycieczce spotkaliśmy się w Warszawie i zadałeś pytanie: „Nikodem, jaką cenę zapłaciłem za to, co reprezentuję sobą teraz?”. Przez godzinę patrzałem na ciebie bez słowa, w końcu się odezwałem: „Twoja aura się zmieniła, zmiękła, jesteś przyjemniejszy, rozpuściły się wokół ciebie skorupy, taka twardość”. I ja to potraktowałem jako twój sukces, drogę, wybór. Dodałem jednak: „Oprócz landrynkowych energii wokół siebie nie ruszyłeś rdzenia, esencji, to, co tam było, nadal tam jest”. Potrafiłeś świadomie rozróżnić energię (wibrację) miejsc, w których byłeś, powiedziałeś: „W aszramach, podczas darszanów, od tych hinduskich awatarów, buddyjskich oświeconych, joginów wibruje często coś, co uzależnia. Umysł staje się nieprzytomny, jakby wchodziło się w trans, z którego nie tak łatwo się wyrwać”. I ja ci wtedy pogratulowałem, bo trzymałeś się tego, o czym zawsze mówię: doświadczać ze zmysłem obserwacji, z umiejętnością wyciągania wniosków.

Po analizie twoich energii, tego, co piszesz i jak, po zmianach w twoich ciałach subtelnych, mam wrażenie, jakbyś dobił do ściany, zrobił krok za dużo i nie chcesz się do tego przyznać przed sobą. Dlatego będę odpowiadał na poszczególne części listu, może któraś z nich stanie się taką lampką, zainspiruje, wybudzi.

Poleciałem głęboko w palenie Cannabis (konopi), co redukowało ból i emocje, które tworzył mój umysł…

Wcześniej, podczas licznych ceremonii Ayahuasca, spożywałeś miksturę z DMT (substancja psychoaktywna). Teraz palisz coś z THC (również substancja psychoaktywna). Co będzie następne? Czy te substancje nie stały się sposobem na „jasnowidzenie”, „wglądy”?.

Na pewno przyczyna bólu leży w twoim umyśle? W filozofii indyjskiej i buddyzmie mówi się o przyczynach cierpienia, które leżą w niewiedzy i splamieniach umysłu (więcej o tym piszę w rozdziale Buddyzm i niespełnione oświecenie w Energii Miłości). Splamienia to obciążenia, przekonania, kody, wzorce, podświadomość. Skieruj umysł do pracy nad sobą, bo umysł nie zawsze reaguje na to, co masz w podświadomości, karmie, ale co schodzi z duszy. Wejdź umysłem w emocje, poszukaj przyczyny ich zrodzenia, zamiast jak w technikach ucieczkowych „odciągnij umysł od emocji”.

Z czasem zaczęły pojawiać się kobiety-anioły, w obecności których odzyskiwałem wyższy poziom wibracji.

Wiesz, tyle środków psychoaktywnych, to coś zawsze się pojawi. Wibracja w ciele, komórkach zmienia się dzięki szczerej pracy nad sobą, gdy wycofujesz obce i scalasz swoje – tak odzyskujesz pierwotne światło. Ty mówisz o „wyższej wibracji” wlanej zewnętrznie przez inicjacje (anioły, byty, ścieżkę, nurt). To nie wybuchy na słońcu, to nie Saturn, Wenus lub Mars, to nie układ planet, to nie medytacja w podniesionych energetycznie miejscach (tzw. czakramach ziemi) podnoszą twoją świadomość, wibrację. Coś zewnętrznego co najwyżej ją odblokowuje na krótką chwilę, przypomina ci o tym, co masz zakopane w sobie. Gdy wracasz do domu, energia się rozprasza. Ty masz mieć w sobie wibrację, to twoje ciała subtelne, czakry, serce, komórki mają emanować taką energią, a nie inną – głównie swoimi osobistymi energiami (reiatsu). Tego ci nie da żadna ceremonia, wschodnia praktyka, od buddyzmu, jogi, guru-jogi, przez szamanizm, hinduizm, po medytacje transcendentalne.

W połowie listopada poleciałem na Bali na ceremonię Ayahuasci. Tam oczyściłem się ze świństw, które brałem, dostałem kilka wglądów i zrozumienie. Poczułem wibracje Miłości i Akceptacji.

Jedną substancją psychoaktywną niwelujesz drugą. Widzisz to? Musisz to jakoś nazwać.

Dostałeś wgląd i zrozumienie? Od kogo? Od czego? Jaka to dusza? Czyj przewodnik? Jaka ścieżka? Gdzie w tym jesteś ty sam, twoja dusza i twoja Wyższa Jaźń?

Poczułeś wibrację miłości i akceptacji? OK., a miłość w twoim sercu, wibracja twojego serca? Czemu coś zewnętrznego wypełnia braki w tobie? W jednej sesji zaczęliśmy szukać należących do ciebie i twojej duszy cząstek serca – zrobiliśmy pierwszy krok. Powiedziałeś: „Nowe wyzwanie – lubię”. Co się stało? Odwróciłeś wzrok od tego, nie pociągnąłeś tematu rozdzielenia połówkowego, odcięcia od miłości, podziału, oddania woli różnym duszom (istotom). Dlatego jak piszesz o wibracji miłości i akceptacji przy nieuzdrowionym wewnętrznym temacie odrzucenia i porzucenia, wyklęcia, czarnych ślubów, każda wibracja wchodzi w inny rezonans, gdzieś tam w środku smyra, ale serce nadal szczelnie zamknięte. Wewnętrznie masz ogromny potencjał miłości, ale każde odczucie zewnętrzne przypomina deszcz, chwilowe obmycie.

W tych tematach o których wspomniałem dusza potrzebuje pomocy, bo jeśli ona jest zależna, to jak my jako osobowość, mamy być wolni? Wiesz, że nie uczę metody opartej na wizjach, emocjach, fajerwerkach, odlotach. Tu potrzebujemy uważności, obserwacji siebie, szczerości, szukania, zastanawiania, kontaktu ze swoim światem wewnętrznym; ciągle podważasz, szukasz, myślisz; twoje jasnowidzenie i jasnoczucie budzi się powoli, w sposób zdrowy; uczysz się rozwiązywać życiowe i duchowe wyzwania z kilku poziomów: fizycznego, biologicznego, energetycznego i duchowego.

Tak jakbyś odleciał w duchowość, białą duchowość, w duchowy matrix. Uciekłeś nie przede mną tylko przed samym sobą. Czy twoje rozpuszczone częściowo ciała subtelne (energetyczne, emocjonalne, umysłowe) cię umacniają, pokazują ciebie prawdziwego, czy raczej osłabiają, są takimi furtkami? A może dzięki takiemu stanowi rzeczy jesteś bardziej oświecony? Czy ta rura wpięta w tył twojego czakramu serca to twoje serce? To tym płynie błogość i miłość? To ten prawdziwy spokój ducha, jaki osiągasz? Czy ta biała płyta w twojej głowie, pomiędzy półkulami to jest twoje „żyj w teraz”?

Aya (Ayahuasca) przedstawiła mi kobietę, z którą poleciałem na Dziewicze Wyspy. Było bajkowo – świadome zauroczenie plus bliskość natury. Czułem oceany wdzięczności, akceptacji i miłosierdzia.

Co ceremonia to inna kobieta. Rozumiem, czego szukasz, do czego dążysz, za czym tak tęsknisz, ale czy w ten sposób to osiągniesz?

Zero zobowiązań i zero oczekiwań. Jak tylko coś się pojawiało, to rozpracowywaliśmy to rozmową i medytacją – wszystko puszczało.

Oto chodzi w świadomych związkach: obie osoby pracują nad sobą, rozmawiają o tym, co się dzieje, nikt nie ucieka, nie skupia się na problemie, lecz na rozwiązaniu. Jednak czytając ten opis pracy nad sobą, mam takie przeczucie, jakbyście oboje korzystali ze sposobu mnichów, joginów na rozwiązywanie problemów emocjonalnych. Ten sposób nie jest zły – buddyzm potrafi sobie poradzić z niektórymi wyzwaniami, pewną psychosomatyką – ale filozofia indyjska i buddyzm nie mają narzędzi do pracy głębszej, wielowymiarowej ze starszymi duszami i człowiekiem współczesnym. Dobrze wiesz, jak wyparty jest tam temat duszy, którą się bagatelizuje lub myli z podświadomością, w praktykach próbuje się ją rozpuścić; jak ci młodzi adepci są całkowicie zależni od guru; jak próbuje się za wszelką cenę przepchać świadomość (jaźń) w wyższe wymiary; jak ciało emocjonalne (astralne) traktuje się jako ciało bolesne, ego prowadzące do zła; jak wymiar duchowy człowieka jest poszatkowany i skierowany na oświecenie, doznanie przebudzenia, czyli ucieczkę od rzeczywistości. Na czym polega wschodnia transcendencja? Jako kropla płyniesz z powrotem do oceanu – rozpuszczasz się w ekstazie.

Jeśli cała filozofia indyjska (joga, guru-joga), hinduizm (ze swoimi wcielonymi „bogami”) i buddyzm (ze ścieżką oświecenia) powstały na bazie channelingu (wiedzy kierującej się od dusz do człowieka), to są one powtórzeniem tego, co było w innym świecie, są kontynuacją. Pytanie: „Kontynuacją czego?”. Dusze nie chciały uczestniczyć w wojnach, podziale. Odseparowane od rodzin duchowych szukały sensu w duchowości, szukały sposobu na powrót do domu (do Wyższych Jaźni). Tyle tylko, że tak nigdy nigdzie nie wrócą. Dzięki praktykowaniu jogi i medytacji w różnych ich odmianach świetnie rozwija się ciało i odblokowuje się energię w nim, a umysł przestaje być jak figlarna małpka. Jednak na pewnym etapie adept chce więcej, mocniej (przecież tak nauczyła go kultura Zachodu), dlatego wtajemnicza się, to znaczy inicjuje, wchodzi w filozofię Wschodu, nie rozumiejąc jej genezy – przecież ma być to cel prowadzący do wyzwolenia od cierpienia. Według praktyk i wiary Wschodu nigdy nie było osobowego ja, trwałego ja, ciebie, jedynie ego. Czy w swoim wnętrzu w to wierzysz? Dobrze jest oddzielić postawy: praktykuję, ale nie filozofuję, biorę coś dla ciała ze Wschodu, ale swojego ducha rozwinę inaczej, bardziej współcześnie. Nawet jak mówimy: „Nie praktykuje buddyzmu”. To nie ma znaczenia – współczesna duchowość, czy ta prosta, widoczna w opracowaniach, w nurcie rozwoju osobistego, czy rozrzedzona w nurcie New Age, czy pod namiotem guru indyjskiego, europejskiego, czy pod skrzydłami znanego motywatora, ma wiele odniesień, podstaw w którymś prądzie jogi, guru-jogi, w buddyzmie, hinduizmie. Ulegamy też przecież podświadomości zbiorowej, pewnym archetypom, odciskom czy działaniom samych dusz. Oczywiście, to nie jest złe, nie chodzi o wartościowanie – tyle tylko, że granica jest niewidoczna dla wielu. A mamy przecież jeszcze temat gnozy czy gnozy współczesnej Steinera.

Widać to przekroczenie granicy u ciebie. Rok przygody duchowej – super! Różne ceremonie z substancjami – spoko. Ale pod koniec listu sam powiedziałeś: „Czasami przychodzi pytanie, czy to jest już wszystko? Czy robię wystarczająco?”. Pomimo tego pytania próbujesz jeszcze coś wygrzebać z tej białej ścieżki, jeszcze mocniej się zatopić, bo może właśnie wtedy poczujesz upragniony spokój ducha, czyli co? Kolejny aszram, guru, specyfik?

Podczas ceremonii miałem wizję, żeby zająć się byłą partnerką, która „zagubiła się” w sobie w Indiach. Ściągnąłem ją do siebie i zmieniliśmy relację na brat – siostra. Nasza relacja od początku taka była, ale schematy, programowanie i pociąg seksualny zrobiły swoje.

W mojej książce Dbaj o siebie jest taki rozdział O misjach, wizjach i odkupieniu win. Przedstawiłem w nim różnice w działaniu szamanów. Podczas ceremonii miałeś wizję? A gdybyś miał kontakt ze swoją duszą, to analogicznie nawiązałbyś kontakt z duszą byłej partnerki. Warunkujesz swój umysł, uzależniasz się od wzięcia czegoś (połknięcia, zapalenia, wypicia), żeby nie tyle mieć dostęp do wglądów, kontaktu z wyższymi wymiarami, gęstościami, co dostać nadzwyczajny i ordynarny channeling. No i dostajesz instrukcje: „rób to, z tym, tu i tam”. Ale od kogo to dostajesz? Od Wszechświata, kosmosu, absolutu, boga. I nazywasz to płynięciem, przepływem? To nazywasz wolnością? To nazywasz rozwojem świadomości?

Parę lat temu, jak pamiętam, miałeś podobną sytuację z kimś, kogo traktowałeś jak siostrę. Nie wszedłeś w tę relację, bo wtedy słuchałeś siebie, mówiłeś o niepowtarzaniu błędów, stracie czasu i energii. Tym razem nie mogłeś odmówić, bo wasza droga życia, linia życia, splotła się na szamańskiej ceremonii, wasze serca połączyła duchowa ekstaza. Już nie wiadomo, komu ufać: kartom w tarocie, wizjom, przewodnikom, przeczuciom czy wglądom w transie. A może trzeba ufać sobie, swojemu ja, intuicji. Tylko że to wymaga przyjęcia, zaakceptowania siebie.

Uczę się płynąć, nie kreując albo kreować z Miłości. Uczę się, gdzie jest granica (jeśli takowa jest) między całkowitym poddaniem się życiu, a podporządkowaniem chwili sobie.

Tak, filozofia, kultura, zachowanie na Wschodzie uczy pewnego spokoju, opanowania, takiego poddania się biegowi życia, życia bez kontroli. Człowiek nie jest konkwistadorem, czyli nie bierze w posiadanie tego, co mu się podoba, bo tak chce, bo taki ma humor, tylko pyta się: „Czy to jest dla mnie?”, „Czy będzie to w zgodzie ze mną, z naturą, społecznością”. Świetnie te różnice widać w filmie Avatar, zresztą tam również widać zachowanie duszy grupowej rasy Na’vi (o czym zaraz wspomnę).

Indywidualizacja

Nie da się poddać biegowi życia bez swojego kontaktu z duszą i duszy z Wyższą Jaźnią, ponieważ ten prąd, bieg życia może nie być dopasowany zupełnie do ciebie. Ty piszesz i mówisz o ogólnym poddaniu, ale tu nie zachowujesz swojej części indywidualnej, czyli popędu do kreacji, tworzenia, doświadczania, czyli poszanowania dla ja. Oświecony myśli: „Ustało ego, ustało chcenie, miłość bezwarunkowa mnie otacza, żyję w tu i teraz”. On sobie tak myśli, ale co myśli jego dusza i jego jeszcze wyższa część? Czego on potrzebuje jeszcze do rozwinięcia całej swojej istoty? Ścieżka wedyjska, hinduska, buddyjska mówi o tym, że po śmierci nie ma niczego, co wraca jako trwałe ja. Musimy wrócić do czasów, gdy żył Budda i popatrzeć również na czasy obecne.

Rys. Twoje ciała subtelne (1) i dusze w Indiach (2) i dwa tysiące lat temu (3).

Jest to uproszczony rysunek – bo na poziomie adi trochę inaczej to wygląda – ale świetnie pokazuje różnice. Twoja dusza jest samoświadoma, ma charakter, humor, wiecznie coś robi, ma własne obciążenia, karmę, jednych lubi, innych unika, ma unikatowe cechy, swój gatunek (rodzaj) – tak jak ty myślisz, nie myśli nikt inny, tego co ty czujesz, nikt inny nie czuje, masz wolną wolę. Z kolei twój kolega na Wschodzie, w świątyni już nie musi mieć takich ciał subtelnych jak ty, oddzielonych, własnych, a więc jego odczuwanie świata, duchowość, potrzeby, wglądy mogą być nieco inne (często potrzebuje dużej, silnej grupy, łatwo ulega wpływom innych). Kolega może fizycznie być odrębną jednostką – na to wskazuje ciało – ale na poziomie duszy jest częścią większej całości, jest takim zbiorem – i dopiero wykształca swoją świadomość, budzi cechy indywidualne. Budda, Patandźali, Konfucjusz – oni jako istoty mieli cechy dusz indywidualnych, ale jak za czasów Jezusa i jego apostołów otaczały ich dusze zbiorowe – stąd ich nauki takie, a nie inne. Obecnie podążanie tymi ścieżkami jest zgubne, jest po prostu zbyt dużo starych istot o ciałach zindywidualizowanych (więcej o tym w rozdziale O indywidualizacji i duszach zbiorowych, w Energii Miłości).

Ostatnio zastanawiałem się, czy iść głębiej (jechać na Rainbow Gathering do Tasmanii) i żyć na łonie natury, wśród przebudzonych istot, czy zacząć żyć z tym, czego się nauczyłem w matrixie, wśród ludzi nieświadomych i iść do pracy, żeby zwiększyć przepływ pieniądza.

Jeśli to jest pytanie, to dla mnie opcja druga, bo uczę, jak być Buddą w krawacie, jak być duchowym i fizycznym jednocześnie, jak rozwijać się wielowymiarowo, jak rozpatrywać sytuację i rzeczy z różnych poziomów, jak żyć w grupie równych sobie, podobnych do siebie, jak być w związku niekarmicznym, spełniać się w pracy, mieć aszram w domu, jak brać pieniądze bez poczucia winy i też dawać coś od siebie za darmo (np. ja to robię w formie artykułów). Duchowość przenika materię, całą naszą istotę, a jeśli zostaniesz w obecnej sytuacji, będzie to oznaczało, że dalej się rozszczepiasz, rozmieniasz na drobne, że chcesz żyć na łonie białej rodziny, w białej komunie, jak hipisi. Ale jak trawka się kończy, wraca szara rzeczywistość. To nie życie jest matrixem, lecz duchowość, w którą wszedłeś, ma wiele z jego cech.

W community mam zapewnione spanie i jedzenie w zamian za kilka godzin pracy w tygodniu na rzecz grupy, dlatego przez ostatnie miesiące mogłem zajmować się pracą nad ambicjami i wygaszaniem swojego „chcenia” oraz poszukiwałem ich źródeł.

Po jednej stronie piekła, czerń, ambicje, podkręcona kreacja, duma i pycha. Teraz po białej stronie wygaszasz swoje „chcenie” jak ascetyczny mnich. A gdzie droga środka, gdzie centrum, scalenie, życie? Gdzie w tym wszystkim jesteś ty sam? Piszesz o nauce kreowania w miłości, ale bez miłości do siebie to jest trudne, bo to, co się rodzi w tobie, sam ciągle deprecjonujesz, spychasz, rozpuszczasz.

Zdradzę ci sekret. Poznałbyś go za parę lat – prawdopodobnie. Po ciężkich inicjacjach w różnych szkołach buddyjskich i u jogów faktycznie dochodzi do ustania „chcenia” – adepci poradzili sobie z ego fizycznym, ziemskim, rozprawili się z podświadomością, czyli żyją w tu i teraz, ale to „chcę” jednak ciągle schodzi z jeszcze wyższych poziomów, rodzi się w ich sercu. Dlatego serce zatykają białą mgłą, watą, rozrzedzają swój umysł. Nie sądzisz chyba, że mistycy na Wschodzie i Zachodzie nie odcinają sobie niższych czakr ani nie manipulują przy nich? Żeby poradzić sobie z tym „wyższym” głosem, czyli duszą, rozpoczynają inicjację – jest to swoisty „zaszczyt” rozpuszczania duszy, czyli jej kasowania. Wyższa Jaźń tylko zbiera zwitki, resztki, a ponieważ do swojego rozwoju potrzebuje duszy, tworzy kolejną z tego, co zostało. Twoja dusza na tym etapie rozwoju by na to nie pozwoliła, prędzej by cię natychmiast uśmierciła niż dała zgodę na taką głupotę. Ale dusze nie zawsze mają takie rozróżnienie, tak samo jak człowiek, który oddaje życie za ideologię. Nie da się zatrzymać głosu duszy, kreacji, przejawiania – przestań w to wierzyć. Masz, tak jak piszesz, uczyć się kreacji opartej o serce (czakram serca), nie o brzuch, ego (splot słoneczny). Jednak tu wymagane jest scalenie między jaźniami – pogodzenie na każdym poziomie. A tego nie uczy nikt poza mną (na razie).

Wiele mnie to nauczyło, poznałem kilka niesamowitych istot i wsparcie z ich strony. Zrozumiałem, że życie się mną zajmie…

Szukam pozytywnych stron tego wszystkiego, co przechodzisz, bo o szkodach trochę już napisałem. Chyba w jakiś sposób naruszyłeś swoją dumę, masz większą świadomość emocji, na więcej pozwalasz, więcej dopuszczasz, nie kontrolujesz tak mocno. Jakby z tego „ja”, „mnie”, „tylko tak” zrodziło się zaufanie czemuś, co wykracza poza umysł. I to jest pozytywne.

Ale czasami przychodzi pytanie, czy to jest już wszystko? Czy robię wystarczająco?

Myślałem nad tonem mojej wypowiedzi skierowanej do ciebie i jeśli coś dotrze z tego, co napisałem, zaczniesz zmieniać, wybudzisz się z mgły. Powrót na ziemię będzie wymagający, bo z ciała i duszy zaczną wychodzić nowe rzeczy, tematy, przekonania, emocje. Zresztą technicznie swoje czarne wzorce (piekła) próbowałeś uzdrowić białymi praktykami, czyli zastąpiłeś to, co miałeś, białymi wzorcami. To się nie sprawdza, jest tylko takim półśrodkiem, plasterkiem na rany, bo ciągle nie ma powrotu do swoich pierwotnych energii, ciągle świadomość jest rozproszona. A dalej proponowałbym zmienić środowisko, wrócić do pracy, nauczyć się czerpać satysfakcję z tego, co się robi, czego się pragnie, gdzie się dąży. Zacznij też się samouzdrawiać, zwalniać wschodnich strażników, landrynkowe energie – wracaj pomału do siebie. Naucz się też traktować ludzi jako ludzi, bez dzielenia na przebudzonych i uśpionych – dzięki temu serce stanie się lżejsze.

Dziękuję, Nikodem, że pojawiłeś się w moim życiu i za Twoje nauki…

Myślę, że to, o czym mówiliśmy parę lat temu, co robiliśmy, gdzieś w tobie jest i dzięki temu wyjdziesz z tej sytuacji – uzdrowisz siebie. A wtedy zobaczysz swoje ostatnie dwa lata z nowej perspektywy. No i może nareszcie przestaniesz uciekać od swojej duszy – od siebie – bo duchowość, mistykę mamy tak naprawdę na wyciągnięcie ręki, a tracimy fortuny na szukanie dziwnych doznań, pretendujących do bycia czymś szczególnym. Niestety, jak kurz opada, nadal zostajemy z głodem, jaki czuliśmy wcześniej i ciągle nam mało.

Nikodem Marszałek

styczeń 2018

2 myśli na temat “Ayahuasca, budda w krawacie i ucieczka w biała duchowość

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s